Kiedy od połowy lat 70’ w Ruchu Światło-Życie zaczął się intensywniej rozwijać nurt modlitewny odnalazł on swoje miejsce m.in. w doświadczeniu krótkich rekolekcji zwanymi Oazą Modlitwy, definiowaną w następujący sposób: „Oaza modlitwy jest formą krótkich, intensywnych rekolekcji zaliczanych ze względu na specyficzną metodę typu rekolekcji oazowych. Celem OM jest odnowienie wewnętrzne w Duchu Świętym przez uczestnictwo we wspólnocie modlitewnej przeżywanej w atmosferze braterstwa, jedności i radości.”

W tym duchu też przygotowywaliśmy i przeprowadziliśmy kolejną drugą już Oazę Modlitwy w Irlandii. Naszą inspiracją były słowa z księgi proroka Ozeasza: „Uleczę ich niewierność i umiłuję ich z serca, bo gniew mój odwrócił się od nich.” (Oz 14,5) i skupialiśmy się na przestrzeni uzdrowienia wewnętrznego otoczonego doświadczeniem modlitwy liturgicznej, Eucharystii, oraz spontanicznego uwielbienia i modlitwy wstawienniczej prowadzonej przez Diakonię Modlitwy z rejonu dublińskiego.

Kolejna Oaza Modlitwy kolejnego września za rok, serdecznie zapraszamy!

o. Bartłomiej Parys, SVD

 

 

Świadectwa

 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

Jadąc na Oazę Modlitwy zdawałem sobie sprawę, że będziemy się dużo modlić, więc nie przygotowywałem się do niej jakoś specjalnie. Jednocześnie nie zdawałem sobie sprawy z tego, że Bóg miał inny pomysł i Sam mnie do niej przygotował.

Tydzień przed Oazą zaczęły wpadać mi w ręce różnego rodzaju konferencje i nie były one bezpośrednio dotyczące modlitwy. Podczas jednej z konferencji ksiądz mówił o znaku krzyża, że jest on pierwszym namacalnym znakiem otwarcia się na Pana Boga. Najbardziej w mojej głowie pozostało to jak go opisał. Mówił, że dotykając ręką czoła zapraszajmy Boga do naszych myśli, dajmy Mu je prowadzić. Dotykając serca zapraszajmy Jezusa Chrystusa prośmy, aby napełnił je miłością, a dotykając barków prośmy, aby Duch Święty wypełnił całe nasze ciało i aby je prowadził. Bardzo mi się ten opis spodobał i od razu przełożyłem sobie to na mądrość, miłość oraz siłę.

Będąc już na Oazie Modlitwy, a dokładnie podczas wieczornej adoracji Najświętszego Sakramentu, przypomniałem sobie słowa księdza z ostatnio wysłuchanej konferencji. Wtedy wykonałem najbardziej świadomy znak krzyża i z całego serca zaprosiłem Trójcę Świętą. Adoracja była połączona z modlitwą wystawienniczą. Gdy już przyszła moja kolej podszedłem i złożyłem swoją prośbę na ręce kapłana oraz modlących się osób. Uklęknąłem zamknąłem oczy i nastąpił najpiękniejszy moment. Gdy zaczęła się modlitwa poczułem niesamowitą radość, spokój i ciszę, chociaż tak dużo rzeczy działo się wokół mnie. Słyszałem modlących się oraz śpiewy uwielbienia, ale nie zagłuszały one tej pięknej ciszy, w której się znajdowałem.

Gdy skończyliśmy modlitwę, wstałem i zaczęliśmy rozmawiać. Zwłaszcza słowa księdza zmotywowały mnie do działania, ponieważ były jakby dopełnieniem mojego przeżycia.  Przekaz do walki każdego dnia o wiarę, o codzienne nawracanie się, do wewnętrznej walki duchowej w której przychodzą zwątpienia i niepewności czasem nawet ból i cierpienie. Jednak dzięki "mądrości" Boga, "miłości" Jezusa i "sile" Ducha Świętego wierzę, że jestem w stanie walczyć i wygrywać każdego dnia.

Dziękuję Panu Bogu za łaskę, którą mi ofiarował i pozwolił choć na chwilę zatrzymać się w Jego wspaniałej ciszy. Dziękuję, że tak pokierował moim życiem osobistym i rodzinnym, że mogłem uczestniczyć w Oazie Modlitwy i podzielić się tym doświadczeniem. CHWAŁA PAMU!!!

 

 

Mariusz

 

______________________________

 

Od dłuższego już czasu, mieliśmy pragnienie w sercu by jechać na rekolekcje. Długo nigdzie nie byliśmy i bardzo nam brakowało takiego duchowego czasu. I nagle pojawiła się informacja o Oazie Modlitwy. Samo hasło Oaza Modlitwy mi wystarczyło. Niestety, odkąd podjęliśmy zobowiązania Domowego Kościoła największą trudność sprawia mi Namiot Spotkania. Pomyślałam więc, że to idealne rekolekcje dla mnie. Termin wpasował się w męża wolny weekend i decyzja zapadła.

Mamy już spore doświadczenie takich wyjazdów i wiemy doskonale, że im więcej kłód pod nogi, tym lepsze owoce. Tym razem nie było jakoś bardzo ciężko, ale ciągle pojawiały się drobne trudności i panujące napięcie, żeby się tylko pokłócić. Dzieci nie chciały słuchać, z mojej winy pojechaliśmy złą drogą itd.

W końcu dotarliśmy na miejsce i okazało się, że nikogo nie ma. Tak się spinaliśmy, że przyjechaliśmy jako pierwsi.

Spośród konferencji na temat uzdrowienia najbardziej dotknęły mnie słowa, że nie ma idealnej rodziny, że każdy choćby nie wiem, jak się starał zawsze coś zepsuje w życiu rodzinnym. A jest to temat, który zawsze najintensywniej przeżywam.


Mamy troje dzieci 6, 4,5 i 3,5. Jedno z dzieci urodziło się z zespołem Downa. Nie ukrywam, że jest nam dość trudno. Dzieci są małe i różnie to bywa z ich słuchaniem. Każde przeżywa swoje lepsze lub gorsze dni. To całkiem naturalne. Niestety ja przeżywam wypalenie. Bardzo mnie irytują ich zachowania i szybko wybucham złością. Gdy tylko mąż ma wolny dzień, robię wszystko by uciec. Gdy jestem z dziećmi sama, też wolę ogarniać dom niż z nimi pobyć. I wciąż ten telefon i różne zawsze ważniejsze od dzieci sprawy.

Dodatkowo od marca bardzo intensywnie wróciła do mnie tzw. żałoba po zdrowym dziecku. Jest to smutny czas, kiedy rodzic opłakuje jakby marzenie o zdrowym oczekiwanym dziecku. Każdy rodzic, który ma dziecko niepełnosprawne, takie chwile przeżywa. Ten smutek wrócił do mnie po 4 latach. Pierwszy raz było oczywiście gdy czekaliśmy na potwierdzenie diagnozy. Teraz drugi raz zaczęło mnie rozgrywać od środka. To wszystko miało związek z wieloma wydarzeniami, które działy się w tym roku. 21 marzec - międzynarodowy dzień zespołu Downa, wtedy wszyscy dookoła mówili jakie osoby z ZD są cudowne, radosne, kochane i kochające. Jak bardzo je akceptuje społeczeństwo. A tydzień później te same osoby brały udział w czarnych protestach i marszach czy referendach proaborcyjnych mówiąc "że dość mamy tych niepełnosprawnych".

Odkąd urodziło się nasze drugie dziecko moje macierzyństwo zaczęło otaczać ciągłe poczucie winy. Pojawiły się problemy fizyczne i zdrowotne. Powstało zamknięte koło w chaotycznym życiu z maluchami.  Każdego dnia przeżywam wyrzuty sumienia, że za mało siebie daje, że za bardzo krzyczę, że się nie bawię, że dzieci oglądają TV żebym mogła coś zrobić, że, że, że... I słowa mojej mamy "Ty nie dasz sobie rady ze wszystkim".

Punktem kulminacyjnym rekolekcji była sobotnia wieczorna adoracja Najświętszego Sakramentu. Małżeństwa z dziećmi musiały się podzielić, tak by dzieci poszły spać i ktoś z nimi został. Zdecydowaliśmy, że mąż pójdzie pierwszy, bo był zmęczony po nockach w pracy. Czekajacy z dziećmi zostali zaproszeni do modlitwy za osoby które w tym czasie adorowały Pana Jezusa. Także i ja się modliłam, czytałam Pismo Święte i modlitwy z modlitewnika – wszystkie do Ducha Świętego, a męża nie było i nie było. Zdenerwowałam się i myślałam, ile to można się modlić. Gdy w końcu wrócił szczęśliwy rozmodlony ja na niego nakrzyczałam, że miał być krócej. Cała już w nerwach w końcu dotarłam do kaplicy. Podczas adoracji rozmyślałam po co ja tu jestem. Byłam zmęczona i źle się czułam z tym, że zabiłam w nim Ducha. Rany jako tako się nie otworzyły, przeszłość już się w miarę uzdrowiła. Mimo to postanowiłam poprosić o modlitwę wstawienniczą. Pomyślałam, że może to mi pomoże poukładać to nasze chaotyczne życie da mi pokłady miłości do męża i dzieci i już w ogóle stanę się super. Wiem oczywiście że to nie tak, że od razu pofrunę do nieba. To jest początek a owoce będą przychodzić spokojnie, ale chyba trochę miałam nadzieję, że dostanę kopniaka tu i teraz.

Podczas modlitwy próbowałam wsłuchać się w słowa. Wszystko bardzo się mieszało ze śpiewami i trudno było cokolwiek usłyszeć. Dotarły do mnie jednak słowa jednej osoby "Panie przyjdź do jej macierzyństwa, przyjdź do jej macierzyństwa" i wtedy już wiedziałam, że Pan słucha co do Niego mówię, że zna mój ból i chce go uleczyć. Padły też słowa żebym była wierna Bogu. On wie o wszystkich moich rozterkach i chce mi błogosławić.  Otrzymałam też słowo z pisma Świętego które w moim rozumieniu zachęcają mnie do modlitwy i wyzwania Ducha Świętego, aby pomógł mi w przyjęciu Jezusa jako mojego Pana. Pomyślałam: Namiot Spotkania.

Po tym weekendzie wiem, że modlitwa wystawiennicza już zaczyna swoje działanie. Że pierwszym z darów jest Duch Święty, który otwiera oczy i serce. Daje pragnienie modlitwy, które samo przyszło. Nie mogę już dłużej omijać Namiotu Spotkania. Wiem, że najlepszym lekarstwem na wszystko, będą spotkania z Panem. Gdy udaje mi się w naszym szalonym harmonogramie znaleźć czas na modlitwę widzę, że naprawdę jestem dużo spokojniejsza i przychodzą dobre pomysły na poukładanie tego chaosu a czas się rozciąga.

Dziękuję za ten piękny czas.
Chwała Panu!

 

Ola

 

 

Fotorelacja poniżej (kliknij aby zobaczyć na pełnym ekranie

 

Ostatnio dodane